Long jest przeciekawy. Studiował pięć lat w Moskwie, zwiedził Europę, większą część Azji i zwiedza dalej. Razem powzdychaliśmy nad "śmietaną" i "ogórkami kiszonymi" - on w wersji rosyjskiej, my w wersji polskiej. Dziś znów się spotkaliśmy i co się okazało? Polowanie w Internecie, strona linii lotniczych Air Asia i Long zakupił 6 biletów na kolejne podróże! Sześć! Wszystkie z promocji. Nie wyszedł przy tym poza kwotę 100 USD.
To nakreśla chyba obraz naszego znajomego, z którym wieczór dopiero się zaczynał.
Najpierw pojechaliśmy do Chinatown, ale rozpadało się, więc od razu wskoczyliśmy w kolejny autobus i ruszyliśmy na kolację u Longa. Droga się dłużyła, w deszczu, ja pierwszy dzień założyłem klapki, kałuże. Trzeba było jeszcze zakupy na kolację zrobić i skoczyć na miejscowy targ; a tam asfalt się skończył, więc klapki przeszły chrzest bojowy. Ale sam targ był tutaj bohaterem. Gdzieś na końcu miasta, ogromnego Ho Chi Minh, przez które od granicy przez samo miasto, z przedmieścia jechaliśmy ponad półtorej godziny. Więc idziemy coraz dalej po tym targu, ciemno, w uliczkach dawno się już pogubiliśmy. Ale Long wzbudzał zaufanie, więc podążyliśmy za nim.

Wtem woła mnie Ania, krzyczy, że widzi kotka. Znów kotek, myślę sobie, co chwilę oglądam kotki. Ale ten, był przerażający. Wyglądał zza szkła. Co gorsze, nie był to zwykły kot, ale ryś, albo tygrys jak twierdził sprzedawca. W każdym razie, wyglądał jak na zdjęciu poniżej. Nalewka z kota, dosłownie. Widzieliśmy już nie raz w Chinach nalewki z węża, ale ten sklep był wybitny. Miał nalewki z kobry, innych węży, skorpionów, robaków, tego co na zdjęciu i też z zwykłego kota. Podziękowaliśmy i szybko wyszliśmy.

Już w mieszkaniu odsapnęliśmy. Kolacja była bardzo miła, z owocami morza, kalmarem i zupką, co wszystko Long przygotował sprawnie w 15 minut. Posiedzieliśmy, pogadaliśmy, ot jak na dobrym spotkaniu.
I to już był prawie koniec wrażeń dzisiejszego dnia. Jeszcze tylko mała zagadka: ile osób zmieści się na motorze? W Polsce motocykl rejestruje się jako pojazd dwuosobowy. Ale w Azji? Na jednym siedzeniu zmieszczą się trzy osoby. Ba, nawet widzieliśmy cztery! A założę się, że jeszcze jedno, do dwóch dzieci dałoby się zabrać. Bez kasków oczywiście.

Nie przyglądając się biernie motocyklistom, wskoczyliśmy z Anią na tylne siedzenie i brat Longa odwiózł nas do hotelu. W Wietnamie, inaczej jak w innych krajach, kask akurat jest obowiązkiem. My mieliśmy dwa, trzeciego kasku brakło. Ale szybko śmignęliśmy przez miasto i dzień był już prawie zakończony.
Jeszcze tylko zaraz po wejściu do hotelu, zaskoczenie dnia. Ciąg dalszy kryminalnych przygód z rana. Czerwona torebka odnalazła się! Ale to już może jutro opiszemy, bo na dziś mamy dość wrażeń i zbieramy się do spania. Dobranoc.
- Uważaj, Ho Chi Minh słynie z kradzieży torebek na motorze.
- Słyszę to już chyba dziesiąty raz - odpowiada rozdrażniona.
- Tak - mówię. - ale w Bangkoku i Phnom Penh skoro nie mieliśmy złych przygód, nie znaczy, że nas jeszcze nie spotkają.
No i z tą przestrogą ruszyliśmy na miasto. Ale czy można być przygotowanym na kradzież?
Z pocieszających rzeczy, od razu po przyjeździe spróbowaliśmy tego, co najlepsze spodziewaliśmy się po Wietnamie. Primo miły Wietnamczyk, wcale nie konieczność. Ale ta kawa - uprawiają ją tutaj w dużych ilościach, eksportuje się ją, ale ten smak, mmmm. Tak dobrej kawy, w pierwszej lepszej - podrzędnej! - kawiarence jeszcze nie piliśmy. Ice cofee, z mlekiem, gęsta i mocna jak espresso. Słodka, typu "ulipek". I do tego francuska bagietka, pełna sałatki i boczku. Poczuliśmy się w Wietnamie dziwnie swojsko. Prawie polskie kanapki, dużo Wietnamczyków, jak w Krakowie oraz atmosfera wokół chińska - coś, za czym już tęsknimy i z czym się jednocześnie utożsamiamy.
Ale zaraz po dobrej kawie ruszyliśmy dalej, błądząc remontowaną drogą. Warkot silnika, motor, szarpnięcie i już czerwona torebka Anii szybko znika w przodzie.
Co ukradli? Paszporty? Nie, są. Straty? Pieniądze, sporo, ale tylko ułamek, na trzy dni życia. Przewodnik :( Notatnik. Pocztówki! Właśnie były w drodze na pocztę. Mapa i klucz od pokoju w hotelu. Te dwa ostatnie dały się najwięcej we znaki. Gdzie my w ogóle mieszkamy? Adres mieliśmy zapisany i zaznaczony na mapie. Dobrze, że daleko nie odeszliśmy. Zaczęliśmy krążyć, szukając naszej malutkiej uliczki, ukrytej między zabudowaniami. Pobłądziliśmy, ale w końcu po jakiejś godzinie znaleźliśmy. Wzięliśmy szybko nowe wizytówki od właściciela, który tylko się roześmiał i pokiwał głową. No tak, tradycyjny sposób, który opisywał nawet nasz wspaniały, nieodżałowany przewodnik.
Etykiety: podróże, Wietnam, życie codzienne
Mimo wszystko, prócz fragmentów nadbrzeża, gdzie płynie masywny Mekong, kolonialnej zabudowy i pałaców z ogrodami - reszta miasta przedstawia się mało okazale. Koreańczyk i Amerykanin, którzy z nami dotarli z Siem Reap szybko zakwalifikowali miasto jako najmniej ulubione. Coś w tym jest. Nie dziwię się też, że żaden ambasador z Polski nie chce tutaj objąć placówki. Kto wyjechałby do kraju, gdzie pieprz rośnie, na cztery lata?
Postanowiliśmy zostać tutaj tylko jeden dzień, szybko zwiedzić miasto i za godzinę mamy już autobus do Wietnamu. A z najważniejszych rzeczy do odwiedzenia w Phnom Penh, to Pola Śmierci (The Killing Fields) i S21 Tuol Sleng, muzeum, byłe więzienie, gdzie torturowano i zamęczono większą część ofiar reżimu Czerwonych Khmerów.
Na Polach Śmierci pisało, co nas nie mało oburzyło, że zbrodnie tu dokonane były większe od nazistowskich. Ale faktycznie, kiedy po powrocie sprawdziliśmy, okazało się że sporo w tym prawdy. Przynajmniej jeśli porównać Pola do Auschwitz, to w tym pierwszym wypadku zginęło 1,4-2,2 mln ludzi, a w Auschwitz 1,3 mln. Ale czy w ogóle można porównać liczbami cierpienia pojedynczych ludzi? Nie rozpisuję się na ten trudny temat, podróż temu na pewno nie sprzyja. Warto tylko, jak jest napisane na instrukcji przed wejściem, "zdjąć czapkę i zastanowić się przez 5 sekund".


Po drugie, sama Kambodża tak mnie pozytywnie zaskoczyła, że żadne stosy kamieni, nawet największe i najpiękniejsze nie przyćmią tego wrażenia. Owszem, zagłosuję rękami i nogami, że warto jechać do Angkoru. Na pewno robi wielkie wrażenie. Ale to co się czyta, niszczy jakby ten pierwszy efekt zaskoczenia. Gdyby ktoś mi powiedział, Angkor jest ładny i na tym poprzestał, pewnie byłbym zachwycony. Ale naczytałem się już tylu westchnień do Angkor Watu, że kiedy już go zobaczyłem, stwierdziłem: Ok, w przewodnikach mieli rację. I tyle. Nic mnie nie zaskoczyło.

Wciąż jednak Angkor pozostaje miejscem, którego nie mogę porównać do niczego innego, gdzie byłem. Partenon albo wyrocznia delficka w Grecji? Nie, za małe. Notre Dame w Paryżu? Owszem, duże, ale zbyt nowoczesne. Może ruiny Majów, albo piramidy w Egipcie - ale tam nie byłem. Angkor więc jednak pozostaje czymś wyjątkowym. Przechadzając się wśród ruin można poczuć się jak Indiana Jones. Nie trudno też wejść za znak "No entry" i zgubić się w stosach gruzów. Albo wynająć rower, wjechać w wydeptane ścieżki pośród dżungli i znaleźć się na farmie słoni. Więc wciąż jest tam wiele do odkrycia, wiele zwiedzania i niezapomnianych chwil. Ale Czytelniku-Podróżniku - nie spodziewaj się zbyt wiele, podejdź do Angkoru z rezerwą. Może Ci to wyjść tylko na dobre.


Etykiety: Kambodża, obserwacje, podróże

Gdy na terenach Polski zaczęły się tworzyć zręby państwa, Mieszko przyjmował chrzest, Chrobry koronował się, wtedy państwo Khmerow sięgało Wietnamu, Laosu i Kambodży. Był to złoty wiek. Wtedy to kolejni władcy budują kamienne miasta i świątynie na czele z Angkor Wat - Świętym Miastem. Potęga Khmerów nie trwała długo. W XIII w. imperium zostało podbite, a świątynie Angkoru zaczęły zarastać dżunglą. Dopiero w XIX świat dobiegło sensacyjne odkrycie francuskiego naukowca, który uchwycił je na poniższym zdjęciu.

Zaginione, w dalekiej dżungli miasto Angkoru, stało się celem podróżników, poszukiwaczy przygód i skarbów. Ruiny dawnych Khmerow to przykład zmagania się cywilizacji z przyrodą. O ile sam Angor Wat został dokładanie oczyszczony i odrestaurowany, o tyle wiele kompleksów wciąż zmaga się z dżunglą. Możemy obejrzeć ogromne drzewa i ich korzenie wyrastające na starych murach, czy oplatające ściany dawnych świątyń. Obraz ten porusza wyobraźnię chyba każdego.

Jednak zdziwią się wszyscy rządni przygód, którzy chcieliby poczuć się jak w dawnym zarośniętym dżunglą Angorze. Dziś jest to park archeologiczny, dosyć zaludniony przez rzesze turystów. Czy warto? Bez dwóch zdań tak, wręcz oczywiście! Choć Paweł ma kilka obiekcji, o których jutro.

W pierwszym odruchu miasto zupełnie mi się nie spodobało - po drodze z granicy, piaszczystą drogą, wjechaliśmy do rozświetlonego jak choinka miasta, które wyraźnie nie pasowało do reszty otoczenia. Ale pierwsze wrażenie szybko minęło, kiedy tuk tuk zabrał nas do naszego hotelu, tak ciemnymi uliczkami, że już myśleliśmy, że hotelu tej nocy nie zobaczymy. Wystarczy wspomnieć dialog kierowcy, z Wietnamczykiem, którego poznaliśmy w drodze:
- Gdzie jedziemy? - lekko przejętym głosem pyta Wietnamczyk.
- Do hotelu oczywiście - odpowiada kierowca.
Na to odpowiedź, niewinna jak dziecka - Na prawdę? / Really? - Wszyscy zaczęli się śmiać, ale raczej nerwowym śmiechem niż z rozbawienia.

Samym Khmerom, jak mawiają, biznes nie idzie. Może są po prostu za mili? Faktycznie, są mili, niezwykle i to w inny sposób niż w Malezji czy Tajlandii. Jakby bardziej nieśmiali i jednocześnie naturalni. Tak samo, dzieci kiedy próbują sprzedać kilka pocztówek za dolara. To zresztą osobny temat. Ku naszemu miłemu zaskoczeniu, nie spotkaliśmy tak wielu żebrzących dzieci jak się mówi. Raczej właśnie sprzedających coś, to pocztówki, to zimną wodę lub szale do ochrony przed pyłem. I co najlepsze, wszystkie mówią po angielsku, większość wręcz perfekcyjnie. Gdzie się uczą? Rozmawiając z turystami, namawiając ich na kolejnego dolara. Jedna dziewczynka dziś nas zaskoczyła, liczyła do dziesięciu także po francusku, chińsku i... polsku! Wiedziała, że stolicą Polski jest Warszawa, choć pewnie nie wiedziałaby gdzie na mapie jest Europa. Tak samo jak 5 letni chłopiec, rówieśnik tej dziewczynki. Szkoła życia, szkoła na ulicy, ale za to jak skuteczna!
Tyle z pierwszych wrażeń. Pokusiłbym się jeszcze o wspomnienie jak to amerykańskim dolarem płaci się w Kambodży, ale pozostawię to na oddzielny wpis, gdzie też postaram się porównać sytuację ekonomiczną Kambodży i innych państw regionu. Czy faktycznie Kambodża jest tak biedna? Gdzie jest Polska, czy na szarym końcu? Szukam danych, wkrótce napiszę coś więcej.
Etykiety: Kambodża, obserwacje, podróże, życie codzienne
Już po stronie Kambodżańskiej otworzył się przed nami inny świat - trzeci świat. Mimo wszystko nie byliśmy na to przygotowani. Główna droga miejska pokryta piachem, żadnego aswaltu. Bieda.I tak samo wyglądała trasa do Siem Reap, trochę dziurawej drogi, ale w większośći piach, po którym jeździły na zmianę to traktory orząc ziemię, to walce ugniatając ją na nowo. Około 150 km pokonaliśmy w 4 godziny.Droga ostatecznie minęła spokojnie, ominęliśmy wszystkich naciągaczy i Kambodża na wstępie okazała się milsza od zapowiedzi. Teraz pozdrawiamy z przemiłego hotelu w Siem Reap! :)
Etykiety: Kambodża, podróże, praktyczne, Tajlandia
Wyświetl większą mapę
Od wczoraj właśnie wertujemy Internet, żeby dowiedzieć się, co nas czeka. A historii jest wiele, mimo że powszechnie znane, to wciąż wielu daje się na nie nabrać. Największym kłopotem na początku jest w ogóle zakupienie biletu autobusowego do Kambodży. W Bangkoku działa sprawna siatka tuk tuków, tutejszych rikszarzy, która zawsze pomoże zakupić bilet. Zawieźli nas do trzech różnych pośredników, gdzie ceny różniły się od 600 do 1700 bahtów, czyli w uproszczeniu od 60 do 170zł. I wszystko byłoby dobrze, gdyby na kupnie biletu za 60zł się kończyło. Ale zakup, to - według relacji znajomych i przewodników - początek koszmaru. Zaczyna się od możliwie męczącej trasy, często okrężnej, żeby dotrzeć specjalnie z opóźnieniem na granicę. Tam nieświadomemu turyście oferuje się szereg "zniżek", najlepiej na wizy i formalności, których w ogóle nie trzeba dopełniać. W paszporcie parę dolarów też jest w dobrym guście. Już po stronie kambodżańskiej, trasę jaką opisują, musimy zobaczyć na własne oczy, bo uwierzyć nie chcemy. To w następnym poście. Dość powiedzieć, że znów z celowym opóźnieniem wyrzuca się turystów pod jednym z droższych hoteli, które odpowiednio odwdzięczają się kierowcy. O 4:00 w nocy, kto będzie skłonny szukać tańszego noclegu?
Na szczęście, to w większości legendy, w dużej części prawdziwe, ale będziemy skutecznie starali się je ominąć.
Przede wszystkim jedziemy na własną rękę. To nie eliminuje jeszcze kłopotów z strażą graniczną, które można porównać do przejść granicznych Polska - Wschód. Ale po pokrzepiającej lekturze porad ze strony Tales of Asia jedziemy z zapałem. Plan jest taki: 5:55 rano pociąg do granicy, trzeciej klasy, innego nie ma. Za to bilet za 49 bahtów, czyli mniej niż 5zł! Potem mototaxi do granicy i przejście graniczne. Tam szukamy autobusu do Siem Reap, ewentualnie wynajmujemy minibus, jeśli znalazłby się jeszcze ktoś chętny do podróży. To narazie tyle, trzymajcie kciuki i szczegółowa relacja już z Kambodży, jak tylko połączymy się z Internetem.
Etykiety: Kambodża, podróże, praktyczne, Tajlandia

Takie amulety mogą być tanie - jeden kupiliśmy dziś za 2zł - albo drogie. Ten na zdjęciu wart jest 70 000 bahtów, czyli 7000 zł. Słownie, siedem tysięcy złotych!



Etykiety: obserwacje, podróże, Tajlandia
Nowsze posty Starsze posty Strona główna












