Dzień nie był jak co dzień. Zaczęło się od kawy i kradzieży, którą opisaliśmy po południu. Później, nie zostało już dużo czasu na zwiedzanie miasta, szczególnie, że umówiliśmy się o 17:00 ze znajomym Wietnamczykiem. Poznaliśmy się w Kambodży, w Siem Reap. My jechaliśmy do Ho Chi Minh, w którym on mieszka, a on, niedługo będzie w Hangzhou, więc zapewne znów się zobaczymy.
Long jest przeciekawy. Studiował pięć lat w Moskwie, zwiedził Europę, większą część Azji i zwiedza dalej. Razem powzdychaliśmy nad "śmietaną" i "ogórkami kiszonymi" - on w wersji rosyjskiej, my w wersji polskiej. Dziś znów się spotkaliśmy i co się okazało? Polowanie w Internecie, strona linii lotniczych Air Asia i Long zakupił 6 biletów na kolejne podróże! Sześć! Wszystkie z promocji. Nie wyszedł przy tym poza kwotę 100 USD.
To nakreśla chyba obraz naszego znajomego, z którym wieczór dopiero się zaczynał.
Najpierw pojechaliśmy do Chinatown, ale rozpadało się, więc od razu wskoczyliśmy w kolejny autobus i ruszyliśmy na kolację u Longa. Droga się dłużyła, w deszczu, ja pierwszy dzień założyłem klapki, kałuże. Trzeba było jeszcze zakupy na kolację zrobić i skoczyć na miejscowy targ; a tam asfalt się skończył, więc klapki przeszły chrzest bojowy. Ale sam targ był tutaj bohaterem. Gdzieś na końcu miasta, ogromnego Ho Chi Minh, przez które od granicy przez samo miasto, z przedmieścia jechaliśmy ponad półtorej godziny. Więc idziemy coraz dalej po tym targu, ciemno, w uliczkach dawno się już pogubiliśmy. Ale Long wzbudzał zaufanie, więc podążyliśmy za nim.


Wtem woła mnie Ania, krzyczy, że widzi kotka. Znów kotek, myślę sobie, co chwilę oglądam kotki. Ale ten, był przerażający. Wyglądał zza szkła. Co gorsze, nie był to zwykły kot, ale ryś, albo tygrys jak twierdził sprzedawca. W każdym razie, wyglądał jak na zdjęciu poniżej. Nalewka z kota, dosłownie. Widzieliśmy już nie raz w Chinach nalewki z węża, ale ten sklep był wybitny. Miał nalewki z kobry, innych węży, skorpionów, robaków, tego co na zdjęciu i też z zwykłego kota. Podziękowaliśmy i szybko wyszliśmy.


Już w mieszkaniu odsapnęliśmy. Kolacja była bardzo miła, z owocami morza, kalmarem i zupką, co wszystko Long przygotował sprawnie w 15 minut. Posiedzieliśmy, pogadaliśmy, ot jak na dobrym spotkaniu.
I to już był prawie koniec wrażeń dzisiejszego dnia. Jeszcze tylko mała zagadka: ile osób zmieści się na motorze? W Polsce motocykl rejestruje się jako pojazd dwuosobowy. Ale w Azji? Na jednym siedzeniu zmieszczą się trzy osoby. Ba, nawet widzieliśmy cztery! A założę się, że jeszcze jedno, do dwóch dzieci dałoby się zabrać. Bez kasków oczywiście.


Nie przyglądając się biernie motocyklistom, wskoczyliśmy z Anią na tylne siedzenie i brat Longa odwiózł nas do hotelu. W Wietnamie, inaczej jak w innych krajach, kask akurat jest obowiązkiem. My mieliśmy dwa, trzeciego kasku brakło. Ale szybko śmignęliśmy przez miasto i dzień był już prawie zakończony.
Jeszcze tylko zaraz po wejściu do hotelu, zaskoczenie dnia. Ciąg dalszy kryminalnych przygód z rana. Czerwona torebka odnalazła się! Ale to już może jutro opiszemy, bo na dziś mamy dość wrażeń i zbieramy się do spania. Dobranoc.


Dotarliśmy do Ho Chi Minh w Wietnamie. Jeszcze w autobusie szybka lektura, przewodnika, który będziemy wspominać z rozrzewnieniem. Mówię do Anii:
- Uważaj, Ho Chi Minh słynie z kradzieży torebek na motorze.
- Słyszę to już chyba dziesiąty raz - odpowiada rozdrażniona.
- Tak - mówię. - ale w Bangkoku i Phnom Penh skoro nie mieliśmy złych przygód, nie znaczy, że nas jeszcze nie spotkają.
No i z tą przestrogą ruszyliśmy na miasto. Ale czy można być przygotowanym na kradzież?
Z pocieszających rzeczy, od razu po przyjeździe spróbowaliśmy tego, co najlepsze spodziewaliśmy się po Wietnamie. Primo miły Wietnamczyk, wcale nie konieczność. Ale ta kawa - uprawiają ją tutaj w dużych ilościach, eksportuje się ją, ale ten smak, mmmm. Tak dobrej kawy, w pierwszej lepszej - podrzędnej! - kawiarence jeszcze nie piliśmy. Ice cofee, z mlekiem, gęsta i mocna jak espresso. Słodka, typu "ulipek". I do tego francuska bagietka, pełna sałatki i boczku. Poczuliśmy się w Wietnamie dziwnie swojsko. Prawie polskie kanapki, dużo Wietnamczyków, jak w Krakowie oraz atmosfera wokół chińska - coś, za czym już tęsknimy i z czym się jednocześnie utożsamiamy.
Ale zaraz po dobrej kawie ruszyliśmy dalej, błądząc remontowaną drogą. Warkot silnika, motor, szarpnięcie i już czerwona torebka Anii szybko znika w przodzie.
Co ukradli? Paszporty? Nie, są. Straty? Pieniądze, sporo, ale tylko ułamek, na trzy dni życia. Przewodnik :( Notatnik. Pocztówki! Właśnie były w drodze na pocztę. Mapa i klucz od pokoju w hotelu. Te dwa ostatnie dały się najwięcej we znaki. Gdzie my w ogóle mieszkamy? Adres mieliśmy zapisany i zaznaczony na mapie. Dobrze, że daleko nie odeszliśmy. Zaczęliśmy krążyć, szukając naszej malutkiej uliczki, ukrytej między zabudowaniami. Pobłądziliśmy, ale w końcu po jakiejś godzinie znaleźliśmy. Wzięliśmy szybko nowe wizytówki od właściciela, który tylko się roześmiał i pokiwał głową. No tak, tradycyjny sposób, który opisywał nawet nasz wspaniały, nieodżałowany przewodnik.

W stolicy, Phnom Penh


Znów zamiast bilety kupować, pisaliśmy bloga i nam wszystkie nam wykupili. Ale szybko znaleźliśmy inną drogę i już jesteśmy w stolicy Kambodży, Phnom Penh. Faktycznie, jak to mówił nasz profesor na zajęciach, w mieście poza dwoma wieżowcami w budowie, innych brak. Mimo wszystko miasto jest dużo większe niż oczekiwaliśmy. W końcu stolica, gdzie w pałacu żyje i rządzi król, gdzie toczy się życie polityczne i kulturalne kraju.
Mimo wszystko, prócz fragmentów nadbrzeża, gdzie płynie masywny Mekong, kolonialnej zabudowy i pałaców z ogrodami - reszta miasta przedstawia się mało okazale. Koreańczyk i Amerykanin, którzy z nami dotarli z Siem Reap szybko zakwalifikowali miasto jako najmniej ulubione. Coś w tym jest. Nie dziwię się też, że żaden ambasador z Polski nie chce tutaj objąć placówki. Kto wyjechałby do kraju, gdzie pieprz rośnie, na cztery lata?
Postanowiliśmy zostać tutaj tylko jeden dzień, szybko zwiedzić miasto i za godzinę mamy już autobus do Wietnamu. A z najważniejszych rzeczy do odwiedzenia w Phnom Penh, to Pola Śmierci (The Killing Fields) i S21 Tuol Sleng, muzeum, byłe więzienie, gdzie torturowano i zamęczono większą część ofiar reżimu Czerwonych Khmerów.
Na Polach Śmierci pisało, co nas nie mało oburzyło, że zbrodnie tu dokonane były większe od nazistowskich. Ale faktycznie, kiedy po powrocie sprawdziliśmy, okazało się że sporo w tym prawdy. Przynajmniej jeśli porównać Pola do Auschwitz, to w tym pierwszym wypadku zginęło 1,4-2,2 mln ludzi, a w Auschwitz 1,3 mln. Ale czy w ogóle można porównać liczbami cierpienia pojedynczych ludzi? Nie rozpisuję się na ten trudny temat, podróż temu na pewno nie sprzyja. Warto tylko, jak jest napisane na instrukcji przed wejściem, "zdjąć czapkę i zastanowić się przez 5 sekund".




Przy piwie Angkor


Co do Angkoru, faktycznie, jest wszędzie. Także na mojej komórce, jako tapeta, którą ustawiłem już miesiąc przed wyjazdem. Angkor Wat, to było to, co podnosiło moje ciśnienie myśląc o Azji Południowo-Wschodniej. I co? I napięcie opadło już jakoś przed przyjazdem do Kambodży. Po pierwsze Malezja wywarła na mnie takie wrażenie, że byłem prawie pewny, że nic nie może jej przebić. I tak jest do dziś, nic ponad Malezję :)
Po drugie, sama Kambodża tak mnie pozytywnie zaskoczyła, że żadne stosy kamieni, nawet największe i najpiękniejsze nie przyćmią tego wrażenia. Owszem, zagłosuję rękami i nogami, że warto jechać do Angkoru. Na pewno robi wielkie wrażenie. Ale to co się czyta, niszczy jakby ten pierwszy efekt zaskoczenia. Gdyby ktoś mi powiedział, Angkor jest ładny i na tym poprzestał, pewnie byłbym zachwycony. Ale naczytałem się już tylu westchnień do Angkor Watu, że kiedy już go zobaczyłem, stwierdziłem: Ok, w przewodnikach mieli rację. I tyle. Nic mnie nie zaskoczyło.


Wciąż jednak Angkor pozostaje miejscem, którego nie mogę porównać do niczego innego, gdzie byłem. Partenon albo wyrocznia delficka w Grecji? Nie, za małe. Notre Dame w Paryżu? Owszem, duże, ale zbyt nowoczesne. Może ruiny Majów, albo piramidy w Egipcie - ale tam nie byłem. Angkor więc jednak pozostaje czymś wyjątkowym. Przechadzając się wśród ruin można poczuć się jak Indiana Jones. Nie trudno też wejść za znak "No entry" i zgubić się w stosach gruzów. Albo wynająć rower, wjechać w wydeptane ścieżki pośród dżungli i znaleźć się na farmie słoni. Więc wciąż jest tam wiele do odkrycia, wiele zwiedzania i niezapomnianych chwil. Ale Czytelniku-Podróżniku - nie spodziewaj się zbyt wiele, podejdź do Angkoru z rezerwą. Może Ci to wyjść tylko na dobre.



Angkor Wat


Gdy sobie zadać pytanie, z czego słynna jest Kambodża, to szybko okaże się, że z dwóch rzeczy: z rewolucji Czerwonych Khmerów i z Angkoru. O ile krwawa rewolucja nie przysporzyła Kambodży chwały, to świątynie stały się czymś więcej niż zwykłymi ruinami. Angkor wciąż żyje. Dumnie powiewa na fladze dzisiejszej Kambodży, jest znakiem firmowym papierosów, piwa, hoteli. Przypomina wszystkim, którzy podróżują po kambodżańskich wyboistych i zasypanych żółtym pyłem drogach, że kiedyś istniało tu ogromne imperium.


Gdy na terenach Polski zaczęły się tworzyć zręby państwa, Mieszko przyjmował chrzest, Chrobry koronował się, wtedy państwo Khmerow sięgało Wietnamu, Laosu i Kambodży. Był to złoty wiek. Wtedy to kolejni władcy budują kamienne miasta i świątynie na czele z Angkor Wat - Świętym Miastem. Potęga Khmerów nie trwała długo. W XIII w. imperium zostało podbite, a świątynie Angkoru zaczęły zarastać dżunglą. Dopiero w XIX świat dobiegło sensacyjne odkrycie francuskiego naukowca, który uchwycił je na poniższym zdjęciu.



Zaginione, w dalekiej dżungli miasto Angkoru, stało się celem podróżników, poszukiwaczy przygód i skarbów. Ruiny dawnych Khmerow to przykład zmagania się cywilizacji z przyrodą. O ile sam Angor Wat został dokładanie oczyszczony i odrestaurowany, o tyle wiele kompleksów wciąż zmaga się z dżunglą. Możemy obejrzeć ogromne drzewa i ich korzenie wyrastające na starych murach, czy oplatające ściany dawnych świątyń. Obraz ten porusza wyobraźnię chyba każdego.



Jednak zdziwią się wszyscy rządni przygód, którzy chcieliby poczuć się jak w dawnym zarośniętym dżunglą Angorze. Dziś jest to park archeologiczny, dosyć zaludniony przez rzesze turystów. Czy warto? Bez dwóch zdań tak, wręcz oczywiście! Choć Paweł ma kilka obiekcji, o których jutro.



Czy tak wygląda stacja benzynowa w Kambodży? Wiele z nich właśnie tak! Często dziesięć takich stoisk może stać obok siebie. Na każdym butelki po napojach, w których jest nic innego, jak drogocenne paliwo. Co ciekawe, głównie używane są butelki po dobrej whiski. Kto je wypił, to tylko jedno z pytań, które nas nurtuje.

Kambodża, Siem Reap


Wstępnie wspomnieliśmy o Kambodży w poprzednim wpisie. Jeszcze kilka obserwacji z Siem Reap, miasta stricte turystycznego, tuż obok monumentalnych świątyń Angkor Wat.
W pierwszym odruchu miasto zupełnie mi się nie spodobało - po drodze z granicy, piaszczystą drogą, wjechaliśmy do rozświetlonego jak choinka miasta, które wyraźnie nie pasowało do reszty otoczenia. Ale pierwsze wrażenie szybko minęło, kiedy tuk tuk zabrał nas do naszego hotelu, tak ciemnymi uliczkami, że już myśleliśmy, że hotelu tej nocy nie zobaczymy. Wystarczy wspomnieć dialog kierowcy, z Wietnamczykiem, którego poznaliśmy w drodze:
- Gdzie jedziemy? - lekko przejętym głosem pyta Wietnamczyk.
- Do hotelu oczywiście - odpowiada kierowca.
Na to odpowiedź, niewinna jak dziecka - Na prawdę? / Really? - Wszyscy zaczęli się śmiać, ale raczej nerwowym śmiechem niż z rozbawienia.


Hotel jednak faktycznie okazał się być na końcu jednej z błotnistych, zupełnie nieoświetlonych dróg. I to hotel, jakiego standardu już dawno nie widzieliśmy. Mieszkamy w nim cały czas, Palm Golden Lodge i z czystym sumieniem wszystkim odwiedzającym go polecamy. Internet, kawa, herbata, wszystko wliczone w cenę. Nawet tuk tuk podwiezie gości w dowolne miejsce, bez opłaty. To ostatnie, jak i całe miasto tknie kolonializmem. Jeżdżąc pomiędzy biednymi domami Khmerów, widząc obok bogate hotele i knajpy - czuje się, jakby czas tutaj stanął w miejscu i od czasów, kiedy Kambodża była kolonią francuską nic się nie zmieniło. Może z tą różnicą, że biznes teraz głównie przejęli Wietnamczycy i wszechobecni Chińczycy.
Samym Khmerom, jak mawiają, biznes nie idzie. Może są po prostu za mili? Faktycznie, są mili, niezwykle i to w inny sposób niż w Malezji czy Tajlandii. Jakby bardziej nieśmiali i jednocześnie naturalni. Tak samo, dzieci kiedy próbują sprzedać kilka pocztówek za dolara. To zresztą osobny temat. Ku naszemu miłemu zaskoczeniu, nie spotkaliśmy tak wielu żebrzących dzieci jak się mówi. Raczej właśnie sprzedających coś, to pocztówki, to zimną wodę lub szale do ochrony przed pyłem. I co najlepsze, wszystkie mówią po angielsku, większość wręcz perfekcyjnie. Gdzie się uczą? Rozmawiając z turystami, namawiając ich na kolejnego dolara. Jedna dziewczynka dziś nas zaskoczyła, liczyła do dziesięciu także po francusku, chińsku i... polsku! Wiedziała, że stolicą Polski jest Warszawa, choć pewnie nie wiedziałaby gdzie na mapie jest Europa. Tak samo jak 5 letni chłopiec, rówieśnik tej dziewczynki. Szkoła życia, szkoła na ulicy, ale za to jak skuteczna!
Tyle z pierwszych wrażeń. Pokusiłbym się jeszcze o wspomnienie jak to amerykańskim dolarem płaci się w Kambodży, ale pozostawię to na oddzielny wpis, gdzie też postaram się porównać sytuację ekonomiczną Kambodży i innych państw regionu. Czy faktycznie Kambodża jest tak biedna? Gdzie jest Polska, czy na szarym końcu? Szukam danych, wkrótce napiszę coś więcej.


Czwarta rano, pobudka, taksówką na dworzec kolejowy i czekamy. Czekamy. I dalej czekamy, w sumie godzina opóźnienia zanim zdążyliśmy ruszyć z miejsca. No cóż, pociąg trzeciej klasy, pewnie lokomotywa nie wytrzymała napięcia i musieli ją wymienić. Co pocieszające, nie byliśmy jedynymi białymi na pokładzie podróżującymi do Kambodży. Pociąg jechał wolnym tempem, w Bangkoku zatrzymując się co 2-3 kilometry, zupełnie jak tramwaj.

Dojeżdżając już do granicy z okien dostrzegliśmy rzeszę tuk tuków, z 30 na oko, gotowych nas zabrać od razu. - Ocho, zaczyna się - pomyśleliśmy. Przygotowaliśmy się na cenę 100 bahtów (niecałe 10 zł) i chcieliśmy się ostro targować. A tutaj słyszymy, 80 bahtów za tuk tuka, czyli po 40 na głowę i mniej, jeśli wsiądzie z nami ktoś jeszcze. Świetnie, nawet się nie zastanawialiśmy. Pierwszy przystanek, konsulat, gdzie można wyrobić wizę. Trochę oszukańczy, bo o 10 USD drożej niż normalnie. Ci o słabszych nerwach skusili się, większość jednak nie. My wizy już mieliśmy wcześniej.

Kolejny przystanek, granica i oczywiście kilka osób próbujących nam coś zaproponować. Najciekawsza była oferta gościa, który wyraźnie nie chciał zbyt oficjalnie z nami rozmawiać. Taksówka do Siem Reap, 40 USD. Nie namawiał nas nawet za bardzo, brzmiał przekonywująco. Za to inny osobnik, tak zachwalał autobus rządowy, "za darmo", wyraźnie kłamiąc w żywe oczy. Wybraliśmy cichego znajomego. Spotkaliśmy się z nim już po przekroczeniu granicy, z czym nie było najmniejszego problemu. Ot godzina stania w kolejce, ale poza tym wszystko sprawnie. Można było nawet załatwić sobie pieczątkę VIP, za 8 USD i omijało się kolejkę :)



Już po stronie Kambodżańskiej otworzył się przed nami inny świat - trzeci świat. Mimo wszystko nie byliśmy na to przygotowani. Główna droga miejska pokryta piachem, żadnego aswaltu. Bieda.I tak samo wyglądała trasa do Siem Reap, trochę dziurawej drogi, ale w większośći piach, po którym jeździły na zmianę to traktory orząc ziemię, to walce ugniatając ją na nowo. Około 150 km pokonaliśmy w 4 godziny.Droga ostatecznie minęła spokojnie, ominęliśmy wszystkich naciągaczy i Kambodża na wstępie okazała się milsza od zapowiedzi. Teraz pozdrawiamy z przemiłego hotelu w Siem Reap! :)



Wyświetl większą mapę


Granica w Aranyaphatet po stronie tajskiej i Poi Pot po stronie kambodżańskiej obrosła już w legendę. Czego zresztą spodziewać się po granicy, za którą rozciąga się już nie bogata Tajlandia, tylko kraj trzeciego świata, na prawdę biedny i okrutnie doświadczony przez historię. Dodajmy, że granicę przekracza mnóstwo bogatych turystów, a to stwarza dobrą szansę na zarobek dla stróżów prawa.
Od wczoraj właśnie wertujemy Internet, żeby dowiedzieć się, co nas czeka. A historii jest wiele, mimo że powszechnie znane, to wciąż wielu daje się na nie nabrać. Największym kłopotem na początku jest w ogóle zakupienie biletu autobusowego do Kambodży. W Bangkoku działa sprawna siatka tuk tuków, tutejszych rikszarzy, która zawsze pomoże zakupić bilet. Zawieźli nas do trzech różnych pośredników, gdzie ceny różniły się od 600 do 1700 bahtów, czyli w uproszczeniu od 60 do 170zł. I wszystko byłoby dobrze, gdyby na kupnie biletu za 60zł się kończyło. Ale zakup, to - według relacji znajomych i przewodników - początek koszmaru. Zaczyna się od możliwie męczącej trasy, często okrężnej, żeby dotrzeć specjalnie z opóźnieniem na granicę. Tam nieświadomemu turyście oferuje się szereg "zniżek", najlepiej na wizy i formalności, których w ogóle nie trzeba dopełniać. W paszporcie parę dolarów też jest w dobrym guście. Już po stronie kambodżańskiej, trasę jaką opisują, musimy zobaczyć na własne oczy, bo uwierzyć nie chcemy. To w następnym poście. Dość powiedzieć, że znów z celowym opóźnieniem wyrzuca się turystów pod jednym z droższych hoteli, które odpowiednio odwdzięczają się kierowcy. O 4:00 w nocy, kto będzie skłonny szukać tańszego noclegu?
Na szczęście, to w większości legendy, w dużej części prawdziwe, ale będziemy skutecznie starali się je ominąć.
Przede wszystkim jedziemy na własną rękę. To nie eliminuje jeszcze kłopotów z strażą graniczną, które można porównać do przejść granicznych Polska - Wschód. Ale po pokrzepiającej lekturze porad ze strony Tales of Asia jedziemy z zapałem. Plan jest taki: 5:55 rano pociąg do granicy, trzeciej klasy, innego nie ma. Za to bilet za 49 bahtów, czyli mniej niż 5zł! Potem mototaxi do granicy i przejście graniczne. Tam szukamy autobusu do Siem Reap, ewentualnie wynajmujemy minibus, jeśli znalazłby się jeszcze ktoś chętny do podróży. To narazie tyle, trzymajcie kciuki i szczegółowa relacja już z Kambodży, jak tylko połączymy się z Internetem.


Dziś już ostatni dzień zwiedzania Bangkoku, większość zabytków zdaje się zobaczyliśmy, poznaliśmy też klimat miasta i wydawać by się mogło, że mogliśmy już wyjechać dzień wcześniej. I tak bez celu włócząc się ulicami, pomiędzy świątyniami weszliśmy w malutką uliczkę pełną kramów. Kramów z magicznymi amuletami.


W Tajlandii wiele osób, jeśli nie większość, nosi takie amulety. Każdy ma swoje właściwości, w zależności od mnicha przez którego został stworzony czy zaklęty. Chronią przed duchami, przynoszą szczęście, prestiż, etc.
Takie amulety mogą być tanie - jeden kupiliśmy dziś za 2zł - albo drogie. Ten na zdjęciu wart jest 70 000 bahtów, czyli 7000 zł. Słownie, siedem tysięcy złotych!

Wyrównaj z obu stron
Na stoiskach można też zakupić magiczne laski. I nie są to stoiska z tandetą dla turystów. Ale do czego może służyć taka laska?...


A co z tą tytułową Fantą? Otóż dziś na co drugim stoisku z amuletami widzieliśmy stojącą Fantę ze słomką obok. Nic w tym dziwnego by nie było, gdyby nie to, że wszystkie były pełne, nikt ich też nie pił. Może poza niewidzialnymi, którzy zdają się gustować w tym napoju. Także Fantę można spotkać w tzw. domkach duchów, które są postawione obok każdego domu czy hotelu. Gospodarze co rano ofiarują im jedzenie i dbają, żeby duchy mieszkały w swoich domkach, a nie nawiedzały właściwe domostwo.



Tajlandia ostatnio jest kolebką odradzającego się kina grozy. Patrząc na atmosferę tutaj panującą, z jednej strony sielską i słoneczną, z drugiej pełną duchowości, wiary w moce nadprzyrodzone i ochronne amulety - nic dziwnego, że horrory z Tajlandii mają się dobrze. Jednym z lepszych przykładów jest Shutter, jeśli ktoś jeszcze nie widział, koniecznie powinien nadrobić zaległości.

Nowsze posty Starsze posty Strona główna

Blogger Template by Blogcrowds