Kilka zdjęć z Suzhou

I jesteśmy, wróciliśmy z Suzhou. Raj na Ziemi, Wenecja Orientu, Paryż Dalekiego Wschodu - które z tych nazw Suzhou są prawdziwe? Zobaczcie sami, wyróbcie sobie własną opinię, a i my wkrótce podzielimy się własnymi.
Na początek mapka oraz miejsca które odwiedziliśmy. Można wyświetlać opisy i samodzielnie eksplorować teren.


Wyświetl większą mapę

Teraz widok ze zbliżenia, czyli Suzhou naszym obiektywie:


Północna Pagoda, najwyższa w mieście, mierzy 76 metrów wysokości.


Widok z ostatniej kondygnacji pagody na panoramę Suzhou. Niska zabudowa, a w oddali widać wieżowce.


Kanały, po których można przepłynąć się łodzią.


Suzhou nocą.

Do Suzhou

Korzystamy z tygodniowej przerwy i wybieramy się do Suzhou. Miasteczko położone jest tuż obok Shanghaju, więc i nie jest daleko od Hangzhou. Najbardziej znane jest przede wszystkim z przepięknych ogrodów i kanałów. Z tego powodu Suzhou, zwane jest Wenecją Orientu. I faktycznie, Wenecja i Suzhou to miasta partnerskie, mają też bardzo podobną gęstość zaludnienia - ok 700 osób na kilometr kwadratowy. Z tą jednak znaczącą różnicą, że populacja Wenecji wynosi niecałe 300 tysięcy, a Suzhou ponad 2 miliony...
No cóż, w trakcie święta pewnie będzie to jeszcze większa liczba, jakkolwiek, mamy nadzieję przekonać się na własne oczy, czy Suzhou faktycznie zasługuje na miano Wenecji Orientu :)

Święto narodowe, 1 X

Po 3 tygodniach nauki czas na przerwę :) I oto jest - tydzień przerwy: Święto Narodowe z okazji proklamowania ChRL, 1 października 1949 r. Jest to trzecie najważniejsze święto w Chinach po obchodach Nowego Roku Księżycowego i Dniu Pracy. Pewnie się trochę zdziwicie, bo dlaczego aż tydzień trwa Narodowe Święto. Tak długi okres wolnego wprowadzono dopiero w 2000 r. głównie dlatego aby móc pojechać odwiedzić swoje rodziny, często oddalone o kilkaset. Innym powodem, mającym wymiar finansowy była chęć rozwijanie turystyki lokalnej. I ten plan chyba był przysłowiowym strzałem w dziesiątkę. W ciągu Święta Narodowego ok 120 milionów (sic!) Chińczyków wybierają się w podróżż. A to oczywiście wiąże się z takimi problemami jak: brak biletów, brak wolnych miejsc w hotelach oraz na każdym kroku ogromna liczba turystów. Niestety ten fakt popsuł nam trochę nastroje świąteczne. Tłum w Chinach nie jest równy tłumowi polskich świąt, gdyż znacznie go przewyższa liczebnie. Nawet nasi nauczyciele ostrzegali nas przed natłokiem turystów i życzyli przede wszystkim spokojnego i BEZPIECZNEGO świętowania. A nasze plany przedstawiają się następująco: w poniedziałek wyjeżdżamy do Suzhou, gdzie zatrzymamy się około dwóch dni. Potem może uda nam się dostać do Nankinu. Życzcie nam niewykupionych biletów i wolnych pokojów w hotelach ;)

Ochłodznie :)


I nadeszła najbardziej oczekiwana przeze mnie chwila - ochłodzenie. Wstaję sobie dzisiaj rano o 7 :00 na zajęcia, patrzę a tu pada. Podchodzę do okna, wieje zimny wiatr. Okazało się , że właśnie nad wybrzeżem przechodzi kolejny tajfun. W Hangzhou skutki tajfunu są w postaci deszczu, bardzo silnego wiatru i spadku temperatury. Oczywiście, nie wyobrażajcie sobie ochłodzenia na miarę polską, jest nadal ok. 20 stopni - przypomina polskie letnie wieczory. A jakie są odczuwalne skutki 20 stopni i pochmurnego dnia?
[0. Uśmiech na twarzy Anii :) - przyp. Podróżnik]
1. Dotychczas, idąc rano o 7:30 na zajęcia czułam się jak w saunie, a dziś założyłam koszulkę z dłuższym rękawem (pierwszy raz od miesiąca).
2. Nasze mieszkanie nareszcie ma prawie jednolitą temperaturę - w pokoju jest troszkę cieplej a w kuchni i przedpokoju zimniej. Jeszcze wczoraj sytuacja przedstawiała się następująco: pokój chłodzony przez klimatyzację wskazuje temperaturę ok. 25 stopni; wychodzisz do przedpokoju, kuchni i łazienki - sauna.
3. Czujesz się rześko i przyjemnie, nawet jeśli wstało się o 6 rano.
4. Paweł zaczyna sie martwić, czy aby nie będzie większego ochłodzenie i czy aby nie zniknie ta wspaniała codzienna saunowa pogoda.

Cóż pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że kolejne dni pozostaną przy mojej ulubionej temperaturze 20 stopni. Żeby tylko nie nie padało :)



Tak się złożyło, że chyba jeszcze nie wspomnieliśmy nic więcej o mieście w którym mieszkamy, Hangzhou (czyt. Hangdżou). Przyjdzie nam je zwiedzać jeszcze przez najbliższy rok, codziennie mijać jego ulice, ale to nie powód do dyskryminacji. Szczególnie, że miasto jest wyjątkowo ładne - z kilku dotąd odwiedzonych w Chinach, to podoba się nam najbardziej. I nie jest to szybko wychodowany nacjonalizm lokalny, ale faktycznie, miasto ma tytuł najładniejszego miasta turystycznego w Chinach i zupełnie słusznie. Ma zdecydowanie więcej zieleni niż Pekin, jest też znacznie czystsze niż większość miast chińskich - sprzątane na okrągło, zadbane. Usytuowane jest nad Jeziorem Zachodnim (chin. 西湖 Xihu), zieloną okolicą, pełną kwiatów i poprzecinaną urokliwymi kanałami wodnymi. Prócz turystyki Hangzhou jest znane z Uniwersytetu Zhejiang, gdzie studiujemy. Ale o tym następnym razem.


Warto tutaj jeszcze wspomnieć coś o industrialnej stronie Hangzhou i Chin ogólnie. Miasto nie należy do największych, jak na standardy chińskie to "tylko" 4 mln mieszkańców. Ale podobnie jak inne tego typu miasta jest niezwykle rozwinięte. Wieżowce, markowe sklepy, swobodny dostęp do bezprzewodowego Internetu. W sumie duża część miast Chińskich tak wygląda i powiem, że nie spodziewałem się tego. Zła prasa, jaką ostatnio mają Chiny, sugerowałaby, że to kraj zacofany, biedny, itd. Nie wchodząc w szczegóły ile w tym prawdy - bo i tak po części jest - to jednak na każdym kroku widać przepych i nowoczesność. Zdjęcia może to lepiej zobrazują choć to raczej tylko wstęp do też ciekawej - i chyba mniej opisywanej - strony Chin.


Mowa ptaków - chińska mowa

Tuż po przyjeździe do Hangzhou zatrzymaliśmy się w bardzo urokliwym hoteliku, niedaleko jeziora i parków. Bardzo szybko zauważyliśmy, że tutejsi mieszkańcy mają wspólne hobby: hodowlę ptaków. Prawie przy każdym domu można było zauważyć klatki. Jednak pewnego ranka, idziemy sobie ulicą, patrzymy a tu na murku koło domu klatka z ptaszkiem - i to nie byle jakim! Zaczynamy się przyglądać, a ptak mówi do nas: Ni hao, czyli dzień dobry. I za chwile słyszymy: Xigua, arbuz, a potem women xuxi: odpoczywamy. Gdybyście nie wierzyli, że nawet ptaki potrafią nauczyć się mówić po chińsku, zamieszczamy filmik :)



SOS Club - SOS!


Ania ma rację, niespodzianek jest wiele na każdym kroku. Weekend, poszliśmy więc na imprezę - i znów zaskoczenie. Ponownie okazuje się, że wszystko co uczono nas o Chinach i co czytaliśmy, należy wziąć z duża dozą rezerwy. W każdej informacji jest ziarno prawdy, ale najpewniej tyczy się ona tylko jednej części Chin, więc jest na tyle prawdziwa, na ile zdanie, że w Europie jada się pierogi ruskie.
Po pierwszym tygodniu zajęć przyszedł czas na integrację i jeden ze znajomych zaproponował SOS Club. Ot z tego powodu, że płaci się 60 yuanów za wstęp i do rana dowolne drinki są za darmo. Czyli w przybliżeniu za 20 zł. Ok, pomyślałem, że za taką cenę pewnie nie można dużo się spodziewać, ale tanio, więc czemu mamy nie spróbować.
No i tutaj zaskoczenia zaczęły narastać lawinowo. Po pierwsze klub było widać już z odległości stu metrów, na dużym neonie czy telebimie rozmiarów kilkudziesięciu metrów kwadratowych widniał napis "SOS". Muzykę słychać było z odległości 50 metrów. A z 0 metrów widok porażał - niby klub, zwykły klub. Najwyższy standard, dobra muzyka, najnowsze hity, dobre drinki - ale, ale, chwila! W Chinach? Większości osób Chiny kojarzą się z zaściankiem. I tak też niejednokrotnie przez dwa lata nam opowiadano na zajęciach - np o dyskotekach rodem z czasów PRL. Taaak, może takie są, gdzieś w głębi kraju. Na pewno w stolicy, w Pekinie i w Szanghaju są jeszcze lepsze kluby. Ale w Hangzhou, mieście studentów i turystów nie jest gorzej, co i jednak pozytywnie zaskakuje.


A więc klub, standard bliższy USA niż Polsce, kilka sal, lasery, tancerki i tancerze. Co ciekawe, na Zachodzie żeby bawić się w takim klubie trzeba wydać odpowiednią ilość gotówki. A tutaj? 20 zł? W inny dzień 50 zł - za taką imprezę, takie drinki i atmosferę - warto!
Zaskakuje też młodzież tam się bawiąca. Chińczycy mogą uchodzić za nieśmiałych. Część z nami studiujących Azjatów właśnie taka jest, więc i tego można było spodziewać się na imprezie. Ale jednak nie, pełne rozluźnienie, śmiałe podejście (szczególnie do dziewczyn!), towarzyskie - słowem nie odbiegające ani o krok od Zachodu. Jeszcze na koniec dodam słowem, że jeśli ktoś myśli, że tak jest wszędzie, że to kwestia międzynarodowa - otóż nie, w Grecji, pamiętam jak nie wierzyłem, że w całych Atenach (populacja 3,7 mln) są tylko trzy (sic!) kluby gdzie można potańczyć. Uwierzyłem w końcu po długich poszukiwaniach. Trzy kluby, owszem, ładne, ale jednak spokojne, atmosfera sztywna, takie, jakich właśnie mógłbym się znacznie prędzej spodziewać w Chinach.


Zdjęcia pochodzą z oficjalnej strony klubu www.soschina.net

Najbardziej fascynujące są odkrycia dokonywane podczas pierwszych dni, tygodni, miesięcy pobytu w obcym kraju. Szczególnie ciekawe bywają przygody z jedzeniem. Dla nas praktycznie każde wyjście do tutejszej knajpki i zamówienie dania to pasjonujące przeżycie. Jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że tutejsze menu pisane jest w znakach, więc przy zamawianiu korzystamy z metody palca wskazującego, np. widzimy przy potrawie znak "makaron" i "mięso" i mamy nadzieję, że będzie to zupka z makaronem. A tu, okazuje się, że zamówiliśmy zwykły makaron z sosem. A dziś postanowiliśmy kupić mango. Nie do końca pewni wyglądu całego owocu, wiedzieliśmy tylko, że jest dużą, żółtawą kulą a w środku kryje soczysty miąższ. Zadowoleni wybraliśmy na bazarze dużą żółtą kulę. Kroimy w domu, a tu niespodzianka. Środek nie przypomina wcale mango tylko grejpfruta. Sprawdzamy etykietkę, lecimy po słownik. 柚子, czyli hmm, pomelo. Gdyby ktoś nie wiedział, jest to przodek naszego grejpfruta, którego uczeni skrzyżowali z pomarańczą. Zwany także pomarańczą olbrzymią. Faktycznie, nie mała... Więcej informacji tutaj, w Wikipedii.

Pierwszy tydzień zajęć

I już minął pierwszy tydzień nauki. A mnie właśnie złapało przeziębienie. Oczywiście nie wynika ono z nagłego oziębienia tutejszego klimtu, bo jest wręcz przeciwnie: w dzień ok. 30 stopni. Przeziębienie trochę utrudnia chodzenie na zajęcia ale jeszcze nie jest źle, bo to dopiero pierwsze lekcje.
Jak na razie jesteśmy podekscytowani nowymi lekcjami, nauczycielami, znajomymi. Towarzystwo w naszych grupach mamy międzynarodowe, z przewagą Azjatów. Na przykład u mnie jest kilku Amerykanów, Malezyjczyk, dość silna ekipa latynoska (Meksyk, Kolumbia, Wenezuela) i koreańska. Co ciekawe, oprócz Koreańczyków z Południa, są też i ci z Północy. Pracuje nad tym aby nawiązać z nimi kontakt:) A nie jest łatwo! :) Część Azjatów, która przyjeżdża do Chin uczyć się chińskiego ma chińskie pochodzenie i zna język mówiony ale nie potrafi czytać. Z kolei Japończycy i Koreańczycy bardzo szybko uczą się znaków, lub znają już je ale nie umieją mówić. Nam, niestety nie idzie tak szybko, bo zarówno język mówiony, jak i pisany jest dla nas nowością. Ale nie poddamy się tak łatwo.
Jeśli chodzi o naukę, zapowiada się tempo ekspresowe: 1 semestr- 1 poziom - 5 książek. Trzymajcie kciuki! :)

Na zajęcia!

Jesteśmy już po egzaminach, które miały ustalić nasz poziom znajomości języka chińskiego. Oboje z Ania przyporządkowani jesteśmy do poziomu drugiego, czyli przerobimy trzeci i czwarty podręcznik. Idealnie, bo poziom w sam raz dla nas, a i podręcznik nie byle jaki, bo jeden z tych, z których uczyliśmy się już w Polsce. Oczywiście poziom wyżej. Sprawnie zakupiliśmy książki i dostaliśmy od razu plany zajęć. Słuchanie, czytanie, gramatyka. Sam chiński oczywiście :) Jeden mały minus, mimo że jesteśmy z Anią na tym samym poziomie, to jednak jesteśmy w różnych grupach. W każdym razie, jutro wspólny start o 8:00 rano. A piątki wolne! :)))
Co się tyczy poprzednich wątków z bloga, to tajfun do nas nie doszedł, a i z Festiwalem Środka Jesieni nic nowego się okazało. Tajfun może był tylko w postaci deszczu i parnej pogody, jak pisała w komentarzach Lanyun.

Nowsze posty Starsze posty Strona główna

Blogger Template by Blogcrowds